platforma blogowa portalu echo dnia

SAMOTNOŚĆ PREZYDENTÓW

Ośmiu prezydentów Kielc spotkało się w ratuszu, w związku z obchodzoną w tym roku 20. rocznicą pierwszych wolnych wyborów. Jeden z nich był u władzy nawet trzy razy, a drugiego zabrakło.
Prezydent Wojciech Lubawski witając ich na konferencji prasowej przyznał: – Jestem w komfortowej sytuacji, bo zostałem prezydentem wyłonionym w wyborach bezpośrednich, przez mieszkańców. To gwarantuje stabilność decyzji dotyczących rozwoju miasta. Panowie działali w innych warunkach, byli wybierani przez radnych.
Prezydent Lubawski przyjął swych poprzedników w magistrackiej sali Urzędu Stanu Cywilnego. Dopisali wszyscy, poza Jackiem Jędrzejkiewiczem, pamiętnym z dwuwładzy w kieleckim ratuszu, który nie został zaproszony. – Nie ma śladu podpisanych przez niego decyzji w sprawie miasta – wyjaśnił wątpliwości dziennikarzy. Przybył za to Marek Scelina, którego mianowano komisarzem, gdy dwóch prezydentów w magistracie wadziło się o władzę. Jego obecność przypomniała o niechlubnej karcie w historii kieleckiego samorządu. 2 czerwca 1998 roku radni nie udzielili absolutorium Zarządowi Miasta, kierowanemu prezydenta Bogdana Borkowskiego, odwołali go większością głosów i wybrali na jego następcę Jacka Jędrzejkiewicza. Ówczesny wojewoda Ignacy Pardyki, uznał, że odwołanie i powołanie nastąpiło bezprawnie. Doszło do wojny o gabinety i stołki między dwoma prezydenckimi ekipami. Skończyło się na tym, że 3 sierpnia premier powołał komisarza rządowego Marka Scelinę, którzy sprawował władzę do jesiennych wyborów. Jacek Jędrzejkiewicz nie rządził w ratuszu, mimo że Najwyższy Sąd Administracyjny potwierdził legalność jego wyboru na prezydenta.

Komentarz Marka Sceliny, że prezydentów Kielc było wielu przez te 20 lat, sprowokował do zwierzeń Arkadiusza Płoskiego, pierwszego włodarza miasta, który sprawował urząd przez trzy miesiące i sam z niego ustąpił.
- Żona przyprowadziła mnie pod drzwi gabinetu prezydenta. Zostałem w nim zupełnie sam. Nie wiedziałem, co robić, jako naukowiec, matematyk, żyłem niczym w wieży z kości słoniowej, odcięty od codziennych spraw. Przyszedł pan prezydent Bogusław Ciesielski. Zaczął wprowadzać mnie w problemy miasta, a ja natychmiast poczułem, że chętnie bym się z nim zamienił – wspominał Arkadiusz Płoski, który stanowisko w ratuszu objął po sesji trwającej dzień i noc. Pierwotnie prezydentem miał być Wojciech Czech, ale zdecydowano, że zostanie on szefem sejmiku wojewódzkiego, więc radni Kieleckiego Komitetu Obywatelskiego, których było aż 48 na 50, długo przypierali swego nowego, zaskoczonego propozycją kandydata do muru, aż zdecydował się na prezydenturę.
- Z prezydentem Ciesielskim pojechaliśmy do MPK, gdzie trwał wtedy strajk komunikacji miejskiej. – Gdy szukałem pomocy w zdobyciu pieniędzy dla MPK w ministerstwie, odebrałem pierwsza lekcję: – Nie licz na władze ze stolicy. Jesteś sam – kontynuował Arkadiusz Płoski. – Poza tym urząd wymagał powagi, a ja strasznie nie lubię nadęcia. Pamiętam, że gdy dawałem ślub, to kusiło mnie bardzo, aby bardzo młodym doradzić, by się zastanowili, czy to aby nie za wcześnie. Ale mówiąc poważnie, władzy wtedy prezydent nie miał, a odpowiedzialność ponosił miażdżącą – oceniał.
- Nikt z nas nie był od razu mądry i każdy za szarpanie się na sesjach zapłacił zdrowiem. Jestem po operacji serca, mój poprzednik też. Dziś nikt by mnie nie odwoływał za to, że dwaj urzędnicy popili w hotelu w Cedzynie. W następnym tygodniu byl tam zjazd sędziów i pili wszyscy. Ale wtedy ujawnianie takich sytuacji było to nie do pomyślenia. Najlepiej trzymać się z dala od życia publicznego, taką przyjąłem zasadę. Chociaż nadal się polityką interesuję – dodał Robert Rzepka, następca Arkadiusza Płoskiego, po którym zostało w mieście Centrum Targowe i dokończone po długim czasie stagnacji Kieleckie Centrum Kultury.
- Mnie odwoływano i powoływano trzy razy – przypomniał Bogusław Ciesielski. – Nawet za kredyty, które wziąłem na budowę ulic Tarnowskiej, Żelaznej i kupno autobusów, które do dziś jeżdżą. Co ciekawe, to radny, który jednego dnia stawiał wniosek o moje odwołanie, nazajutrz przychodził i prosił o pracę.
Tu włączył się do dyskusji Jerzy Suchański, pierwszy lewicowy prezydent po 1990 roku: – Te odwołania inspirowali zazwyczaj swoi, bo radni tworzyli koalicje, by zdobyć władzę a potem każde ugrupowanie chciało sobie porządzić, choć przeważnie nie było to tego przygotowane. Dlatego podobali mi się radni pierwszej kadencji, którzy na długo przed wyborami, jako kandydaci, przychodzili na sesje i uczyli się samorządu. – Faktycznie, myśmy się bardzo dużo uczyli, ślęczeli nad dokumentami. Przygotowaliśmy całą oprawę prawną, która funkcjonuje do dziś – wpadła mu w słowo Jolanta Daniel, która nastała po Robercie Rzepce, odwołanym za urzędniczą balangę w hotelu w Cedzynie.
– Byłem wiceprezydentem w pięciu zarządach i prezydentem przez kadencję. Doświadczyłem jak ważne jest, by w mieście była ciągłość władzy. I Kielce to mają, w ciągu dwudziestu lat rozwinęły się gigantycznie – podsumował Włodzimierz Stępień, który rządził w mieście przed Wojciechem Lubawskim. Potwierdził to Bogdan Borkowski, który po wojnie w ratuszu przeniósł się do stolicy: – Od dziesięciu lat mieszkam w Warszawie, więc widzę niebywały rozwój. Prezydent Lubawski ma łatwiej, bo myśmy musieli mieć niebywała umiejętność układania się z wszystkimi politycznymi siłami. Różnie to nam wychodziło, ale ten nie podlega krytyce ten, co nic nie robi – stwierdził Bogdan Borkowski.
Z prezydenckich wypowiedzi wynikało jedno, że niezależnie od warunków, w jakich się sprawuje funkcję, w trudnych sytuacjach rządzący jest sam. I dzisiaj w kieleckim ratuszu też tak jest.

Komentarze (3) do “SAMOTNOŚĆ PREZYDENTÓW”

  1. jacek napisał(a):

    Sprawa dwuwładzy w Kielcach nie zakończyła się wyznaczeniem Marka Sceliny na komisarza, ale późniejszym wyrokiem Najwyższego Sądu Administracyjnego, który potwierdził legalność wyboru Jacka Jędrzejkiewicza na prezydenta.

  2. annakrawiecka napisał(a):

    Dziękuję za to przypomnienie, nie mogłam znaleźć sądowej relacji z NSA, poprawkę naniosłam w swoim tekście.

  3. marco polo napisał(a):

    Trudno być wielbicielem PRL-u, ale patrząc na to co się dzieje w polskiej samorządności po 1990 roku – dwuwładza w Kielcach,rządzący po 20 lat i więcej, wójtowie i burmistrzowie, sprawowanie władzy z aresztów i kłopoty z prawem oraz brak jego egzekucji w przypadku, wielu samorządowych notabli – to chyba za pisarzem węgierskim Esterhazym, można kraje postkomunistyczne nazwać, krajami operetkowymi z ich/naszą władzą, sądownictwem i całą resztą. Ja do tego bym dołożył, swego rodzaju, bananowość naszych urządzeń społecznych i politycznych. Chyba nie idziemy najlepszą drogą…?!

Zostaw komentarz